Nieszczęśliwa femme fatale

Już za dwa tygodnie bodaj najciekawsza premiera operowa sezonu w TW-ON: Umarłe miasto Ericha Korngolda, nie do końca udana pod względem dramaturgicznym, niemniej uwodzicielska muzycznie adaptacja symbolistycznej sztuki Georges’a Rodenbacha Le mirage. Po rozlicznych perypetiach premierą zadyryguje ostatecznie Lothar Koenigs – i to jest chyba najlepsza wiadomość związana z tym wydarzeniem. Znakomity niemiecki dyrygent, na początku bieżącego stulecia kierownik muzyczny Theater Osnabrück, później „wolny strzelec”, wychwalany przez krytykę za przygotowanie cyklu oper Janaczka dla Opery w Lyonie, w 2005 roku związał się z Welsh National Opera. z którą współpracował przez osiem lat. W listopadzie 2015 – w zastępstwie za Jamesa Levine’a – poprowadził Lulu w The Met, w nowej inscenizacji Williama Kentridge’a. Napisałam wówczas krótki esej o tym niedokończonym utworze Berga; tekst ukazał się w książeczce programowej łódzkiej transmisji w ramach „The Met: Live in HD”. Nie zawadzi przypomnieć: XX-wieczne opery wciąż zbyt rzadko goszczą na polskich scenach i nie cieszą się szczególnym zainteresowaniem publiczności.

***

Był chłopcem nieśmiałym, łagodnym i z pewnością rozpieszczonym przez bogatych rodziców, podobnie jak trójka jego rodzeństwa. Z początku nie interesował się muzyką. Wolał czytać książki. Pierwsze szkice kompozytorskie skreślił dopiero po śmierci ojca w 1900 roku, bez żadnego systematycznego przygotowania. Samoukiem okazał się także w znacznie drażliwszych sprawach seksu: z końcem mroźnej zimy 1902 roku, niedługo po swoich siedemnastych urodzinach, spłodził dziecko z Marią Scheuchl, dziewką służącą w wiedeńskim domu Bergów. Albina, córka Albana, urodziła się 4 grudnia. Wkrótce później młodociany ojciec podjął nieudaną próbę samobójczą. Może dlatego, że z tego wszystkiego nie zdał matury, może dlatego, że Maria odmówiła przyjęcia pomocy, zerwała kontakty z Albanem i wyprowadziła się od swoich chlebodawców. Tęsknił za córką przez całe życie, ale nigdy nie miał dość odwagi, żeby wyzwolić się od wpływów otoczenia i wejść z nią w normalną relację. Wiele lat później, w 1930 roku, przekazał jej bilet na premierę Wozzecka we Wiedniu. Najtańszy, za dwa szylingi, na czwartym balkonie.

alban-berg_c_jpg_681x349_crop_upscale_q95

Alban Berg.

Chorowity, podatny na rozmaite alergie, które wkrótce stały się przyczyną ciężkich ataków astmy, pozostał dzieckiem w skórze mężczyzny. Wpierw zależny od matki, która latami skrywała rodzinną „hańbę” zawinioną przez siedemnastolatka i próbowała wyleczyć jego młodszą siostrę Smaragdę z homoseksualizmu, wydając ją dobrze za mąż; później od swojej przyszłej teściowej, która z kolei zamknęła w domu wariatów homoseksualnego syna, a małżeństwu Albana ze swą córką próbowała zapobiec przez okrągłe pięć lat; wreszcie od żony Heleny, która mimo wewnętrznego rozpadu małżeństwa do końca zachowywała pozory, że oboje żyją w spełnionym mieszczańskim stadle.
Swą niepospolitą wrażliwość i skutecznie tłumiony sprzeciw wobec zakłamania wiedeńskiej burżuazji sublimował w sztukę, od najwcześniejszych lat obracając się kręgach stołecznych elit kulturalnych. W 1904 roku rozpoczął regularne lekcje kontrapunktu, harmonii i teorii muzyki u Arnolda Schönberga. Przyjaźnił się z Alexandrem Zemlinskym i Franzem Schrekerem. W gronie jego bliskich znajomych byli też malarze, poeci, dziennikarze, satyrycy i architekci. Dzielił z nimi przeczucie nadciągającej katastrofy, prowadził niekończące się dyskusje o pozycji jednostki w zdegenerowanej wspólnocie, fascynował się krytyką społeczną w najrozmaitszych odsłonach, począwszy od twórczości rewolucjonisty Georga Büchnera, poprzez naturalizm Gerharta Hauptmanna, skończywszy na protoekspresjonizmie Franza Wedekinda. Śledził zwierzęco zmysłowe, podszyte śmiercią i brudem obrazy Schielego i Kokoschki. Po seansach u Freuda i Adlera zraził się do psychoanalizy, uznawszy ją za nędzne oszustwo oparte na nadużyciu zaufania. Mimo czołobitnego stosunku do swojego mentora Schönberga i doskonałego rozeznania w innych zalewających ówczesny Wiedeń prądach artystycznych nie wyzbył się sentymentu do dawnej epoki. Współtworzył drugą szkołę wiedeńską, nadał jej wszakże bardziej „ludzkie” oblicze. W swojej muzyce swobodnie łączył idiom ekspresjonistyczny z odwołaniami do romantyzmu, dodekafonię z rozszerzoną tonalnością, cytaty z Bacha z aluzjami do muzyki ludowej. Dopiero niedawno badacze zaczęli przyznawać, że spuścizna muzyczna Berga jest wbrew pozorom znacznie bardziej uniwersalna i „nowoczesna” niż dorobek Schönberga i Weberna, którzy zamknęli się w sztywnych schematach z iście konserwatywną zaciętością.
Przez dziesięciolecia kojarzony w operze ze wstrząsającym Wozzeckiem, całkiem niedawno i w dość powikłanych okolicznościach został obwołany twórcą najwybitniejszego w XX wieku arcydzieła tej formy – rozpoczętej w 1927 roku Lulu, z librettem własnym kompozytora, na motywach dwóch sztuk Wedekinda. Nie było to jednak pierwsze zetknięcie Berga z motywem „kobiety pierwotnej”, figury czystego instynktu w świecie rozdartym między chciwością a pożądaniem. W roku 1905 po raz pierwszy zobaczył na scenie Puszkę Pandory, drugą część skandalizującego dyptyku Wedekinda (część pierwsza nosi tytuł Erdgeist i jest w Polsce znana pod dwoma równie niecelnymi tytułami Duch ziemi i Demon ziemi, chodzi bowiem o żywiołaka), wkrótce potem zaś symboliczną „baśń z huty szkła” A Pippa tańczy! Hauptmanna. Obydwie sztuki powiązane tym samym, germańsko-skandynawskim wątkiem tajemniczej kobiety, która wzbudza nieokiełznane namiętności i przywodzi mężczyzn do zguby. U Hauptmanna pojawiają się jeszcze elementy fantastyczne, bohaterka Wedekinda jest już pełnokrwistym, choć niejednoznacznym ucieleśnieniem współczesnego mitu: niewinnym dzieckiem, młodocianą dziwką, zepsutą kurtyzaną, prakobietą zdeformowaną przez całe zło tego świata.

kortner01aa

Puszka Pandory na scenie Schauspielhaus Berlin (1926). U góry po lewej Gerda Müller (Lulu), po prawej Fritz Kortner (Kuba Rozpruwacz), na dole Lucie Hoflich (Hrabina Geschwitz).

Decyzja o zaadaptowaniu na libretto dwóch sztuk Wedekinda zapadła niejako przypadkiem. Hauptmann postawił Bergowi zbyt wygórowane żądania finansowe. Kompozytor połączył oba ogniwa w jedno, skrócił narrację o ponad trzy czwarte w stosunku do pierwowzoru, usunął szereg postaci drugoplanowych, innym nadał zwielokrotnioną tożsamość. Narracja Bergowskiej Lulu nie rozwija się linearnie, tylko zapętla się i nawraca: bohaterka, która w prologu pojawia się na arenie cyrkowej pod symboliczną postacią węża, w finale zostaje schwytana w matnię przez swoje wcześniejsze ofiary, wcielone teraz w klientów upadłej nierządnicy. Kuba Rozpruwacz, z którego ręki ostatecznie zginie, to zawrócony w skórze monstrum doktor Schön, jedyna prawdziwa miłość Lulu, mężczyzna o niezbyt czystych intencjach, bo przygarnąwszy nieletnią ulicznicę, rzucał ją na żer kolejnym samcom, a wreszcie się jej pozbył. Ta figura zguby wynikłej ze źle ulokowanych uczuć zamorduje też hrabinę Geschwitz, która jako jedyna zostanie przy Lulu w śmierci i poniekąd zbawi ją siłą swej lesbijskiej miłości.
Wydźwięk Lulu Berga – mimo przesunięcia akcentów – jest równie niejednoznaczny jak w pierwowzorze. Kto tu jest katem, a kto ofiarą? Czy Lulu odzwierciedla zło świata, czy raczej pada ofiarą uwolnionych zewsząd demonów? Czy Lulu w ogóle istnieje? Czy ma jakieś imię, poza onomatopeicznym przydomkiem, przywodzącym na myśl paplanie raczkującego dziecka? Czy istnieją pozostali bohaterowie, czy są tylko emanacjami Lulu, odbitymi jak w zwierciadle obrazami zwierzęcego pożądania i innych pierwotnych instynktów? A może to oni ubierają Lulu w przerażające szaty, utkane z męskich stereotypów kobiecości? Ile w tej narracji jest elementów autobiograficznych, począwszy od motywu bezpowrotnie utraconej niewinności, kończąc na przemianie Wedekindowego pisarza Alwy w kompozytora? Ile aluzji do autentycznych przedstawicieli wiedeńskiej elity artystycznej?
Na niektóre z tych pytań próżno szukać odpowiedzi. Inne kryją się w muzyce – w zwierciadlanej, ułożonej w palindrom strukturze całej partytury, w seriach przypisanych poszczególnym postaciom, a wywiedzionych bez wyjątku z podstawowego szeregu charakteryzującego samą Lulu, w ogromnym zróżnicowaniu i szerokiej autonomii partii wokalnych, w malowaniu nastrojów rytmem, fakturą i barwą, w podkreśleniu efektu „zmysłowości” użyciem dwóch niecodziennych instrumentów: saksofonu altowego i wykorzystanego po raz pierwszy w muzyce klasycznej wibrafonu.

Albine

Albina, nieślubna córka Berga.

Kompozytor ślęczał nad tą operą latami, a i tak nie zdołał jej ukończyć. Wpierw przeszkodziła mu radykalna zmiana sytuacji politycznej po dojściu Hitlera do władzy, później własna śmierć, wreszcie wdowa, która przeżyła kompozytora o ponad czterdzieści lat i do końca swoich dni – powołując się na odmowę opracowania reszty materiału przez Schönberga, Zemlinsky’ego i Weberna – blokowała wszelkie inicjatywy w tym względzie. Kadłubowa wersja dwuaktowa miała premierę w 1937 roku. W latach pięćdziesiątych przyjął się zwyczaj inscenizowania śmierci Lulu w formie pantomimy z towarzyszeniem instrumentalnym. Opera i tak często gościła na scenach światowych, prawdziwy przełom nadszedł jednak w roku 1976, po ujawnieniu przez Friedricha Cerhę, że propozycję dokończenia opery otrzymał już kilkanaście lat wcześniej, prace udaremniła jednak fundacja założona przez wdowę po Bergu. Trzy lata później Opera Paryska wystawiła po raz pierwszy wersję trzyaktową – przy której Cerha z pewnością miał mniej roboty niż rekonstruktorzy Turandot albo Zoltán Kocsis, zaszczycony misją ukończenia Mojżesza i Aarona Schönberga. Berg zostawił dość wskazówek, żeby wskrzeszoną po latach Lulu uznać za w pełni autorskie, zamknięte arcydzieło.
Pozostaje mieć nadzieję, że Alban i Albina słuchają go w zaświatach razem – nieważne, czy z loży honorowej, czy z najtańszych miejsc na czwartym balkonie.

(tekst dostępny także pod linkiem: http://atorod.pl/?p=940 na stronie „Upiór w operze”)

4 myśli nt. „Nieszczęśliwa femme fatale

  1. alfath

    Na pewno nie zawadziło przypomnieć, a tak naprawdę po raz pierwszy opublikować w czymś mniej efemerycznym niż program teatralny. Btw, w porównaniu z „Lulu” czy „Wozzeckiem” opera Korngolda – wbrew formalnej periodyzacji – wydaje się należeć do XIX wieku. Ale posłuchać i popatrzeć warto, choćby ze względu na osobę oskarowego kompozytora, jednego z koryfeuszy klasycznej muzyki filmowej.

    Proszę wybaczyć, że do jednego się przyczepię. Jaki znów „żywiołak”!? Toż ten Erdgeist jest żywcem z Fausta, z pierwszej sceny! U Wedekinda trudno dopatrzyć się innego powodu nadania sztuce takiego tytułu, a aluzji do Goethego jest tam co najmniej kilka. Żywiołak – słowo wymyślone prawdopodobnie (głowy nie dam) przez Grabińskiego i podchwycone przez polską współczesną literaturę fantasy – ma wciąż status neologizmu. Gdzie mu do Ducha Ziemi?

    Odpowiedz
    1. Dorota Kozińska Autor wpisu

      O, zemsta żywiołaków 🙂 Też nie dam głowy, czy Grabiński to słowo wymyślił, a jeśli nawet, to wymyślił je pięknie. I nie ma żadnej sprzeczności: oczywiście, że chodzi o Erdgeista z Goethego, i to jest nie kto inny, jak gnom z Paracelsusa (Liber de Nymphis, sylphis, pygmaeis et salamandris et de caeteris spiritibus), najważniejszy z duchów żywiołu ziemi. Na duchy żywiołów – u Paracelsusa są to jeszcze sylfida, undyna i salamandra – mówi się w polskiej literaturze przedmiotu elementale albo właśnie żywiołaki. To klasyka pism hermetycznych i alchemicznych, za skojarzenia z Sapkowskim i pośledniejszą fantastyką nie odpowiadam. A żywiołaka obronię własną piersią, to naprawdę piękne słowo.

      Odpowiedz
      1. alfath

        A to ciekawe. Nie miałem pojęcia, że żywiołaki trafiły także do literatury hermetycznej (ale do nowszej, bo nic takiego nie pamiętam z czasów, kiedy ostatnim razem czytałem zarówno Prokopiuka jak i Grabińskiego, czyli z lat 80.). W każdym razie zgadzam się, że słowo jest piękne i niech sobie kwitnie na nowym gruncie. W ogóle powinno już być w Słowniku Języka Polskiego PWN, skoro znalazł się tam nawet idiolektyczny, mickiewiczowski „żywiołek”.

        Podobieństwo Fausta do Paracelsusa narzuca się nieodparcie, ale prawdziwym pierwowzorem protagonisty dramatu Goethego jest… Johann Faust, alchemik, astrolog i mag (zresztą współczesny Paracelsusowi) z przymieszką cech postaci z wcześniejszych legend. I chociaż imię Erdgeist może być wzięte z Paracelsusa, to sam Duch Ziemi zupełnie nie przypomina jego Erdgeista vel Pigmeja – gnoma, krasnala, wysokiego na dwie piędzi, czyli jakieś 40 cm. Na widok kogoś takiego Faust krzyczałby odwracając wzrok: „Postać przeraźliwa!” (Schreckliches Gesicht!)? A proszę sobie wyobrazić taki dialog Fausta z krasnalem na scenie:

        – Gdzież jesteś, Fauście! gdzieś twe dumne słowa?
        Tchnienie moje cię mrozi! — Nad tobą się chylę,
        ty drżysz jak robak podeptany w pyle!

        – Mamże, płomieniu, ulec twej osobie?
        Przenigdy! Jam jest Faust — i równy tobie!

        To żart, oczywiście. Jedną z piękniejszych właściwości literatury jest nieustanna gra dawnych i nowych tekstów, motywów, idei. Żadna interpretacja nie jest zamknięta ani jedynie słuszna, a redukcjonistyczna „wpływologia” to w ogóle nieporozumienie. Tu się zapewne bez trudu zgodzimy. Pozdrawiam serdecznie.

        Odpowiedz
        1. Dorota Kozińska Autor wpisu

          No fakt, może się trochę zapędziłam, bo ten Goetheański Erdgeist istotnie wyewoluował w coś znacznie potężniejszego niż mierzący dwie piędzi karzełek z folkloru 🙂 Ale że Paracelsus, Kepler i Swedenborg za tym stali, to pewna. Serdeczności!

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *